- Harry! – krzyknął chłopak, który otworzył drzwi. A wiec
poznałam imię mojego towarzysza, Harry. – Kogo ty tu przyniosłeś? – poczułam
jego rękę na swoim tyłku, więc kopnęłam na oślep, chyba trafiłam go w gardło.
Usłyszałam zduszony jęk i ciche przekleństwa, delikatnie się uśmiechnęłam.
- To przez nią nie mam pieniędzy od Marco.
- Aż tak zajmująca, może mi ją pożyczysz?
- Zamknij się, Louis.
- Dobra, weź ją, siedzi w salonie. – usłyszałam kroki i zrozumiałam,
że chłopak odszedł.
Harry odstawił mnie w końcu na ziemię.. zaraz chwycił mnie
za nadgarstek i zaczął ciągnąć w głąb domu. Weszliśmy do pokoju, w którym
siedziało już dwóch chłopaków.
Farbowany blondyn siedział przy stole i robił cos na
laptopie. Mulat siedział na kanapie, oglądał jakiś mucz, ale zatrzymał program,
kiedy nas zauważył. Po chwili do pokoju wszedł szatyn.
- Tam przy drzwiach wyglądała dobrze, - zrozumiałam, że to
ten chłopak, którego kopnęłam. – ale teraz wygląda dużo lepiej. – powiedział z
uśmiechem. Spojrzałam na siebie i zobaczyłam, że oderwały się górne guziki
mojej koszuli. Pewnie stało się to, kiedy szarpałam się z Harry’m. Było, więc
widać moje piersi w czarnym, koronkowym staniku. Zapięłam szybko płaszcz, „Nie
będzie jakiś zboczeniec, patrzeć mi na cycki.” pomyślałam.
- Co ona tu robi i co z Marco? – zapytał blondyn, odrywając
się od komputera.
- Zapytaj ją, niech ci powie co zrobiła. – mruknął Harry.
- Zabiłam go. – odpowiedziałam, zanim blondyn zdążył mnie
zapytać. Cała trójka patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- TY go zabiłaś? – zabiłaś zapytał blondyn, a po chwili cała
trójka zaczęła się śmiać. – Nie wierzę.
- Dlaczego? Bo jestem dziewczyną? – podeszłam do niego
szybko, wyciągnęłam ukryty na karku nóż i przystawiłam mu go do piersi, w
miejscu gdzie powinno być serce. – Nie oceniaj po wyglądzie.
- Harry, jak mogłeś jej nie rozbroić? – rozpoznałam głos
Louis’a.
- Myślał, że rozbroił. Odebrał mi oba pistolety i nóż, ale ja
znam się na swoim fachu. Wiem, że zawsze trzeba mieć ukrytą broń.
- A jaki jest twój fach? – zapytał chłopak siedzący na
kanapie.
- Domyśl się. – szepnęłam.
- Oświeć mnie.
Podeszłam do niego i przyłożyłam ostrze do jego policzka.
Zauważyłam, że powoli przesuwa rękę za siebie, sięgnęłam i wyjęłam zza jego
paska pistolet. Usłyszałam za sobą kroki.
- Nie podchodź, - powiedziałam, celując pistoletem w głowę
blondyna. – albo zabiję ich obu. Harry, wiesz, że jestem do tego zdolna. – znów
słyszę kroki, tym razem cichsze. Przyciskam ostrze do policzka chłopaka, z rany
zaczyna sączyć się krew. – Ostrzegałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz